Każdy z nas chciałby dużo zarobić. Zarobić w rozumieniu dokonanym, czyli zrealizować zysk najlepiej bez ponoszenia ryzyka. Niestety, takie cuda nie występują w przyrodzie, ale inżynierowie finansowi stworzyli w sposób sztuczny coś, co może przypominać gruszki na wierzbie. Są to finansowe instrumenty pochodne, które wyglądają bardzo apetycznie, ale często się zdarza, że nie smakują tak, jak sobie wcześniej wyobrażaliśmy. A do tego jeżeli pochopnie je skonsumujemy mogą powodować niestrawność.

Zrozumienie sensu inwestycji w instrumenty pochodne wymaga krótkiego wyjaśnienia, skąd się one w ogóle wzięły i do czego były oryginalnie wykorzystywane. Otóż kontrakty terminowe w postaci zbliżonej do takiej, jaką obecnie znamy, powstały w Chicago pod koniec XIX w. Ich zadaniem było początkowo rozwiązanie problemu bezsensownego transportowania płodów rolnych na sam rynek miasta w celu zawarcia transakcji, a następnie wywozu z powrotem na przedmieścia. Wymyślono wówczas, że można kupować i sprzedawać nie towary, lecz wystarczy dokonać transakcji samym certyfikatem upoważniającym do odebrania konkretnych towarów z zaufanego miejsca.

Oderwanie momentu zawierania transakcji od fizycznego oglądania towaru było dla rozwoju rynku finansowego tym, czym wynalezienie koła dla rozwoju transportu. Okazało się bowiem, że jeśli te dwa nierozerwalne wcześniej elementy transakcji (kupuję to, co widzę) można od siebie odseparować na kilka godzin, to równie dobrze można na kilka dni, czy nawet miesięcy. Farmer może „sprzedać” płody rolne na długo, zanim będą gotowe. Ba, może je sprzedać wcześniej, niż np. obsieje pole. I na podstawie cen na rynkach towarowych zdecydować, czym je obsieje. To dlatego farmerzy w USA nie wysypują zboża na tory, nie blokują traktorami stolicy, tylko zajmują się liczeniem pieniędzy.

Stronami transakcji na rynkach instrumentów pochodnych początkowo były zatem osoby, które chciały kupić lub sprzedać dany towar, a kontrakt terminowy służył jedynie przesunięciu momentu dokonania transakcji. Z czasem jednak na rynek wkroczyli spekulanci, czyli osoby, które chciały zarobić na zwyżkach lub spadkach kursów, tworząc dodatkową płynność na rynku.

I tu płynnie przechodzimy do kwestii zasadniczej – po co dziś inwestor indywidualny miałby zawierać transakcję finansowymi instrumentami pochodnymi, np. kontraktami na indeks WIG20? Odpowiedź jest podobna jak wiele lat temu – aby nie stracić lub aby zarobić. Zacznijmy od tego drugiego motywu. Z różnych względów (np. czas, umiejętności, koszty transakcyjne) może się okazać, że ktoś nie będzie chciał samodzielnie komponować swojego portfela papierów wartościowych, tylko od razu woli kupić gotowy „bukiet”. Ma to wiele zalet, w tym w szczególności ułatwia bieżącą analizę, czy dana inwestycja przynosi zyski, czy też straty, bo wartość indeksu publikowana jest na bieżąco.

A jak wykorzystać instrumenty pochodne aby nie stracić? Możemy mieć do czynienia z inwestorem, który spodziewa się spadków na giełdzie, ale z różnych względów nie chce sprzedać posiadanych akcji.  Być może mozolnie budował swój portfel papierów wartościowych i nie chce się teraz go pozbywać, może chcieć wziąć udział w walnym, może nie chcieć ponosić dodatkowych kosztów organizacyjnych i finansowych. I wówczas tańszym, szybszym i łatwiejszym sposobem zmniejszenia ekspozycji na ryzyko spadków kursów akcji będzie sprzedaż kontraktów terminowych na odpowiedni indeks giełdowy.

Musimy jednak pamiętać o tym, aby wartość kontraktów korespondowała z wartością portfela papierów wartościowych, których wartość staramy się zabezpieczyć, dzięki czemu zmiany kursów akcji nie będą miały wpływu na całościową wartość naszych inwestycji. Jeśli natomiast sprzedamy za mało kontraktów, to wciąż część portfela będzie narażona na spadki. A jeśli sprzedamy ich za dużo, to zamiast transakcji zabezpieczającej może się ona okazać spekulacyjna. Jest to o tyle istotne, że zaangażowanie w instrumenty pochodne wiąże się z bardzo dużym ryzykiem – w ciągu sekund można stracić całość zainwestowanego kapitału. Jeśli jest to transakcja zabezpieczająca, to nasze straty wyrównane będą zyskami na instrumencie bazowym, ale jeśli będzie to transakcja spekulacyjna, to możemy wszystko stracić (lub odpowiednio dużo zyskać). 

Oczywiście inwestowanie w instrumenty pochodne nie jest tak proste, jak mogłoby wynikać z powyższego tekstu. Jednak same zasady są proste i niezmienne – musisz rozumieć, jaką transakcję zawierasz i jakie są jej konsekwencje. Dość często porównuje się instrumenty pochodne do ostrego noża – jest to bardzo użyteczne narzędzie, ale może być też bardzo niebezpieczne. I dlatego ostrego noża nie dajemy do zabawy małemu dziecku, żeby nie zrobiło sobie i innym krzywdy, ale dopiero wówczas, kiedy będzie miało dość wyobraźni i doświadczenia. Podobnie jest z instrumentami pochodnymi – najpierw musimy się nauczyć nimi posługiwać, zanim weźmiemy je do ręki.